poniedziałek, 5 października 2015

In vitro, antykoncepcja... - co jeszcze odrzuci kościół?

Brak komentarzy


Debatowałam ze sobą, nie będąc do końca pewna czy chcę napisać ten wpis. Nadal do końca nie wiem czy powinnam roztrząsać temat, na który wypowiedziało się już wielu. Opinie są podzielone. Śmiem twierdzić, że jest ich tyle ile ludzi na tej planecie.

W końcu jednak stwierdziłam, że co mi tam! To jest, cholera, moje miejsce i mój mały świat, w którym to chcę się z Wami, kochani, dzielić tym co w duszy mi gra (a jak wiadomo w kobietach mnóstwo sprzeczności jest - i nie jestem tu żadnym wyjątkiem).

Jestem chrześcijanką. Wierzę w Boga. Chodzę do kościoła - choć z tym ostatnim nieco bym się wstrzymała. Im jestem starsza, rozumiem więcej, słucham kazań i coraz częściej się z nimi nie zgadzam. Coraz częściej mam ochotę wyjść w połowie i nie wrócić. Czasami w ogóle nie zawracam sobie głowy niedzielnymi mszami. Zwyczajnie nie mam na nie ochoty. Grzeszę jak każdy człowiek, ale (i tu coś do czego może nie powinnam się przyznawać) nie czuję się winna. Nie, kiedy słyszę takie głupoty wygadywane tam przez księży. 

Wczoraj przeszli samych siebie. Czytano list i myślę, że robiono to w całej Polsce. List o tematyce prorodzinnej. Cieszę się, że ktoś porusza w tych zabieganych czasach temat coraz mniejszej ilości kobiet w ciąży i starzenia się społeczeństwa, ale...

ALE!

Wieszanie psów na metodzie in vitro oraz potępienie antykoncepcji to jest dla mnie wielka przesada. O ile jestem jeszcze w stanie zrozumieć sprzeciw, jeśli chodzi o pigułki jeden dzień po, to słysząc pozostałe zarzuty... krew się we mnie gotowała. Przysięgam, że miałam ochotę wstać, wyjść na środek kościoła i powiedzieć co o tym wszystkim myślę, a potem wyjść z tego przybytku i być może jeszcze teatralnie trzasnąć drzwiami. 

In Vitro to metoda, o która wciąż budzi pewne kontrowersje. Wiele osób uważa ją za coś niegodziwego, bo przecież jak to tak, dziecko z probówki? Jednakże dla sporej grupy osób jest to ostatnia deska ratunku. Ostatnia szansa na zdobycie swojego potomka. Ostatni promyk nadziei na posiadanie dziecka. Wierzę, że tacy ludzie zrobią wszystko by dziecko mieć. 

Kościół apeluje - używajcie naturalnych metod - ale co jeśli to wszystko zawiodło? Co jeśli już dawno straciliśmy szansę na zapłodnienie poprzez te metody? Mamy czekać na cud? Cud, który zdarzy się raz na milion? Nie, dzięki. Zdecydowanie wolę wypróbować wszelkie sposobności, jeśli już na czymś mi zależy. A kiedy mowa o własnym dziecku... cóż jestem w stanie zrozumieć zdesperowanych ludzi. In Vitro to tylko kolejny sposób, kolejna szansa na spełnienie swojego marzenia. Dlaczego więc się jej nie chwycić?

Potem była mowa o środkach antykoncepcyjnych, które też są złe. Dobrze, kościół zakłada iż zachowamy czystość aż do ślubu - i być może są jeszcze takie osoby, które chcą to zrobić. Szanuję je i skrycie podziwiam. Mimo tego warunku, myślę że kościół powinien choć spróbować zrozumieć młodych ludzi.

Dajmy na to, że nie używamy antykoncepcji. Jesteśmy krótko po ślubie. Poznajemy siebie nawzajem. Kochamy się. Potem jest jedna ciąża, druga, trzecia... zaraz czekaj! A skąd my na to wszystko weźmiemy środki? Przecież ledwie wiążemy jeden koniec z drugim! 

Fakt, możemy prowadzić kalendarzyki i inne metody, by określić kiedy możemy się kochać, a kiedy absolutnie nie. Jednak mimo tego możemy popełnić błąd i choćby dlatego antykoncepcja nam się przyda. 

Podsumowując moje ględzenie - wierzę, ale kościół traktuję z przymrużeniem oka.

Źródło: 1 

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz