środa, 11 stycznia 2017

Czego nie lubię w pisaniu?

Brak komentarzy
Wybiła północ dwadzieścia dwie. W domu cisza, wszyscy w łóżkach. Nawet piesek wyjątkowo zajął miejsce w swoim nowym posłaniu i udaje, że śpi. Nic dziwnego, powiecie, taka pora. Rano trzeba wstać, więc co tu jeszcze robisz?

No co? Czytam sobie Typewriterkę i wpadam na genialne pomysły. Dzisiaj (a właściwie wczoraj) zachęciła mnie, całkiem niechcący do powrotu do pisania... ale nie tego tutaj, na blogu. To swoją droga, na niego jakieś tam plany też w głowie mam. W końcu niedługo stukną mu trzy lata, a on tak po prostu sobie jest. Chciałabym zabrać się za niego nieco poważniej i mam cichą nadzieję, że mi się to uda. 

Ale odchodzę od tematu. Jak zwykle o tej porze. Rano wstanę i się przeżegnam widząc co tu nabazgrałam. Trudno, raz się żyje!

Tak więc czytam sobie i czytam, a palce same minimalizują mi stronę i przechodzą do folderu o dźwięcznej nazwie "Moje książki". Otwieram go i przez moment patrzę z niechęcią na znajdujące się tam pliki. Cmokam z niezadowoleniem (na samą siebie!) i wzdycham ciężko. 

- A może by tak...? Może warto...?  - drapię się po głowie i wzdycham raz jeszcze.
- Pewnie, że warto! - odpowiada mi me serce, które nieco szybciej zabiło na samą myśl o powrocie do pisania. - Tak, tak, tak! Pisz! Nie ważne co wyjdzie, po prostu wróć. Skończ co zaczęłaś!
- No dobrze, ale...

Właśnie! Sporo tych "ale" się mi nazbierało, niestety. I to takich "ale", których chyba nigdy nie polubię! Choćbym nie wiem jak próbowała!


Czego nie lubię w pisaniu?


Poprawki


Napisać może łatwo nie jest, ale jakoś to idzie. Papierowe kartki same zapełniają się słowami, które potem przenoszę do Worda, niemal całkowicie przekształcając ich treść. Raz za razem, kartka za kartką i tak powstaje rozdział liczący sobie od 6 do 10 stron, a co! Tylko potem wypadałoby to jeszcze raz przeczytać i poprawić. Literówki, przecinki (mą zmorę), błędy składniowe czy ortografy (o zgrozo!), a może nawet pozmieniać dialogi (bo za płytkie) czy opisy (bo masa powtórzeń się wkradła). Ugh! Tyle z tym roboty, a ja tak tego nie lubię, kiedy już myślę o kolejnym rozdziale!

Ponowne czytanie bazgrołów dawno napisanych


Ten punkt odnosi się tylko i wyłącznie do tych, którzy dawno już nie pisali i powracają do swych bazgrołów. Przyznaję bez bicia, że jedną z mych powieści rozpoczęłam w pierwszej klasie liceum, czyli dawno. Wciąż mniej więcej pamiętam co tam się działo, ale nie wszystko. Niestety! No i boję się. Boję się tam zerkać, by się nie przestraszyć. No wiecie, gust się zmienia i człowiek dorośleje, a jeśli to co kiedyś wydawało mi się fajne, teraz okaże się kompletnie do dupy? Co ja wtedy zrobię? 

W ostateczności ponownie stracę zapał do pisania i nic z tego nie wyjdzie... a przecież ta powieść ma ze 140 stron... 

Wena


Wiecie jak to jest z tą kapryśną panią? Raz jest, a raz jej nie ma. Powiadają, że pisarze siadają do pustej kartki codziennie. Systematycznie wyznaczają godziny, w których to będą pisali i po prostu to robią. Taki zapał i motywacja... no i silna wola do tego. Mi tego wszystkiego trochę brakuje. Może i zapał by się znalazł, ale silna wola leży i kwiczy... Na dodatek ta cała wena. Pamiętam, że zazwyczaj przychodziła w najmniej odpowiednim momencie. Tak o drugiej nad ranem czy coś. No nie dajmy się zwariować!


- Ty weź już lepiej nie kombinuj - wzdycha me serce. - Lepiej łapać byka za rogi, a nie wymyślać cuda na kiju. Zabieraj się za to pisanie i nie marudź tyle, bo w ten sposób do niczego nie dojdziesz.

I tyle. Zamknęłam folder z uśmiechem i poszłam odkopywać teczkę z zapiskami dotyczącymi postaci. Może jednak warto? Spróbuję, bo chcę. 

Swoją drogą jak jest z Wami? Czego Wy nie lubicie w pisaniu? Jakie są Wasze obawy?

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz