wtorek, 6 grudnia 2016

Egzamin z Japońskiego?

Brak komentarzy
Czwarty grudnia. Niedziela. To właśnie wtedy odbył się egzamin z języka japońskiego, o którym trąbiłam od dawna. Wreszcie podjęłam się temu wyzwaniu i choć nie było łatwo, zdecydowałam spróbować swych sił. Pociąg do Warszawy odjechał o zabójczej godzinie 5.52 i już o 9 byłam na miejscu. Do egzaminu miałam 3 godziny i z tego stresu spędziłam je całe na nauce. 

JLPT

Potem nadszedł ten wyczekiwany przeze mnie czas. Egzamin odbywał się w kilku salach, a każdy poziom miał przypisaną osobną. Najwięcej zdających podchodziło do najniższego stopnia znajomości tego języka (N5) i tak też zrobiłam ja. 

Ulokowano nas na sali gimnastycznej i znów mogłam poczuć się jak podczas matury. Mój własny stolik i przypisany do niego numer rejestracyjny, który to musiałam wpisać na każdą kartę podczas 3 części egzaminu. Poinstruowano nas, że możemy używać jedynie ołówków o grubości 2HB, ewentualnie HB, bo inaczej maszyna nie odczyta naszych zapisków. 

I tu przyszło zaskoczenie, bo co prawda wiedziałam, że wolno nam używać jedynie ołówków, to i tak nieco zaskakujące. Przyzwyczajona jestem do czarnych długopisów - jak to na maturze, a co! Wspomnienia wróciły, choć stres był nieco mniejszy.

Ach! No i najważniejsze! W trakcie egzaminu nawet telefon nie mógł zawibrować, bo jeśli tak by się stało - test zostałby przerwany, a użytkownik telefonu nie otrzymałby wyników... taki rygor! Ale co zrobić, chciałaś babo to dostałaś.


SŁOWNICTWO - MOJA ZMORA


Do egzaminu podeszłam na luzie, a przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie zorientowałam się, że mam jedyne 25 minut na 36 pytań związanych ze słownictwem japońskim. Horror! Nawet nie było czasu, by porządnie się nad tym zastanowić. Albo wiesz, albo nie wiesz. Koniec. Dwadzieścia pięć minut to zdecydowanie za mało, nawet jeśli były to pytania wielokrotnego wyboru. Masakra.

UFF! JESZCZE TYLKO GRAMATYKA I SŁUCHANIE!


Potem 20 minut przerwy i kolejna seria. Tym razem gramatyka plus czytanie w jednym. 40 minut i 32 pytania, a w tym dwa dłuższe teksty do przeczytania. Ledwie co się wyrobiłam. Znów czasu zbrakło na poprawki (a była to najtrudniejsza dla mnie część egzaminu). Wyszłam z niego nieco podłamana, ale 50 minut przerwy sprawiło, że zdążyłam się pozbierać i odetchnąć. 

 

ZBLIŻAMY SIĘ DO KOŃCA!


Trzecia część upłynęła mi jak z bicza strzelił. Pół godziny słuchania i tylko raz puszczone nagranie. Żadnych powtórek. Odpowiedź naniesiona na kartę odpowiedzi od razu. Brak czasu na sprawdzenie. Nie dosłyszałeś? Strzelaj. Nie warto zostawiać pustych pytań...

Sam egzamin dobrze będę wspominać. Nie znam jeszcze wyników i nie dowiem się ich aż do początku marca (no może już pod koniec lutego coś będzie wiadomo), ale atmosfera była niezwykle przyjazna. Pilnujący nas Japończycy bardzo dobrze mówili po polsku i zarażali uśmiechem (a podobno to taki sztywny naród). Wprowadzili mnie w doskonały nastrój i nie pozwolili za bardzo się stresować.

CZAS, CZAS, CZAS!


Jedyny minus (coś co mi najbardziej doskwierało) - brak czasu. Brak czasu na cokolwiek. Prosta piłka. Wiesz, albo nie wiesz. Nie ma że boli. Po co sprawdzać? W końcu pierwsza myśl jest najlepsza... przynajmniej w teorii. Doskwierało mi to i to bardzo. Zwłaszcza, że przyzwyczajona jestem do sprawdzania swych odpowiedzi. Tyle razy mi to wpajano do głowy, że aż mnie skręcało z nerwów, kiedy widziałam bezlitośnie upływający czas... i te 20 pytań przede mną!

CZY POWTÓRZĘ?


Zdecydowanie tak! Choćby i dla sprawdzenia swych postępów w nauce. To doskonały sposób, odrobina zabawy oraz poczucie że wreszcie ruszyło się z miejsca. Ja ruszyłam. Jestem o jeden krok bliżej do spełnienia swego marzenia. A jeśli nie zdam? Trudno. Spróbuję za rok. Nikt mi tego nie zabroni!

Źródło: 1

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz