piątek, 13 listopada 2015

Nauczycielskie perypetie #1 - O panu D.

Brak komentarzy

Ta opowieść jest o pewnym panu D, który zaszczycił mnie swoją obecnością na zajęciach języka angielskiego. Wrócił z Norwegii na całe dwa tygodnie i za namową swojej żonki postanowił podszkolić swą znajomość języka. W ten sposób trafił do mnie. Zajęcia pragnął mieć codziennie, najlepiej po 3 godziny dziennie, a pierwsze z nich odbyły się we wtorek. Pan D zadeklarował, że jest kompletnym początkującym, a styczność z angielskim miał jedynie w szkole, którą ukończył już jakieś 8 lat temu. 

Przyznam szczerze, że nie do końca wiedziałam jak ten przypadek ugryźć toteż przygotowałam sobie różne partie materiału i pełna zapału ruszyłam na spotkanie z D. Pan okazał się być całkiem przyjemnym rozmówcą, tyle że jedynie po polsku. Nie potrafił powiedzieć nic w języku docelowym, a jego wymowa wołała o pomstę do nieba (choć moja też nie jest jakaś tam najlepsza). To wszystko było jednak niczym. Tym co mnie wbiło w fotel były wymagania jakie postawił.

Zaczęliśmy zajęcia spokojnie. Od powtórzenia sobie podstawowych informacji. Potem przeszliśmy do tematu rodzina, co by pan D potrafił choć wypowiedzieć się na jakiś konkretny temat i tu pojawił się pierwszy warunek. Otóż pan D zamierza nauczyć się słownictwa, które przyda mu się w pracy. Na nic mu więc takie podstawy. Z całej gamy słownictwa o rodzinie, jego interesowała tylko "wife", bo reszta mu niepotrzebna. Nie będzie przecież rozmawiał o swoich rodzicach, czy nieistniejących dzieciach. Nie przekonały go też argumenty, że jednak wypadałoby wiedzieć o co pyta nas rozmówca.

Warunków było jeszcze kilka - między innymi: pan D pragnie pominąć naukę o zakupach w sklepie, bo istnieją markety i można kupić wszystko samemu. Taka prawda i nie mogłam się z tym kłócić. Powiem szczerze, że zamknął mi tym wszystkim buzię i przez chwilę siedziałam, patrząc na niego z otwartą buzią. 
Po co mu więc zajęcia? Tak do końca nie jestem pewna. Z takim zapałem do nauki to raczej daleko pan D nie ujedzie. Nie zapamięta również ogromu wiedzy poprzez kilka luźno niepowiązanych ze sobą zajęć. Nie ma szans by opanował słownictwo, które dla niego przygotowuję, ani zaczął porządnie mówić.
A podstawy? Ale o jakich podstawach my tu mówimy, kiedy ten pan wcale nie chce się uczyć podstawowych rzeczy? Problematyczny przypadek, pierwszy w mojej karierze i zapewne nie ostatni, niestety.
Myślę, że pan D dał się namówić żonie na owe zajęcia. Tak naprawdę nie ma motywacji, by nauczyć się języka, ale chce zrobić jej przyjemność. Dobra próba, słabe efekty i wyrzucone pieniądze w błoto. Jeszcze będzie pluł sobie w brodę, a język? Pozostanie niezmiernie niewyuczony. 
Szkoda, że wciąż istnieją takie przypadki. Osobniki, które pragną się uczyć, by kogoś zadowolić, lub popisać się przed kimś. Nie zależy im na wiedzy ani na efektach. Szkoda, bo nie dość, że sobie wyczyszczą kieszeń to jeszcze nic z tego nie wyniosą. 
Szkoda, bo języki są fajne!

Pan D przychodzi ponownie. Już dziś. O 9 rano. Na dodatek na 4 bite 50 minutówki. Żyć nie umierać. Trzymajcie za mnie kciuki. Przydadzą się!

Źródło: 1

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz