poniedziałek, 30 stycznia 2017

Czytam - Beata Pawlikowska "Blodnynka w Japonii"

Brak komentarzy
Idę jak burza! To już druga książka, którą przeczytałam w styczniu oraz druga, która czekała w kolejce na lepsze czasy. Te wreszcie dla niej nastały. Wzięłam ją w swoje obroty, bo w końcu styl Pawlikowskiej uwielbiam. Natknęłam się na nią poprzez mą przyjaciółkę, kilka lat temu i polubiłam. Nawet bardzo. Swego czasu dużo jej czytałam, a potem jakoś mi się przejadła. Zrobiła zbyt komercyjna, przez co skutecznie zniechęcała. 


"Blondynkę w Japonii" otrzymałam od tej samej przyjaciółki na me ostatnie urodziny. Nawet nie wiedziałam, że taką książkę pani Beata popełniła... no ale uznałam, że jeśli ona jest autorką, a w tytule mam "Japonię" to będzie to pozycja w sam raz dla mnie. W końcu zbieram informacje z różnych źródeł, chcąc kiedyś się tam osiedlić. 

Miało być magicznie, bajecznie. Miałam ją przeczytać w dwa dni, bo przecież tyle obietnic składała mi cudowna okładka oraz jej opis:

JAPONIA.
JEDEN Z NAJBARDZIEJ LEGENDARNYCH KRAJÓW ŚWIATA!
Kto nie słyszał o cudownie zdrowym japońskim jedzeniu, o samurajach, gejszach, japońskiej precyzji, japońskich komiksach, grach i gigantycznie wielkich, nowoczesnych miastach? O japońskiej tradycji, kulturze i niezwykłej religii shinto?... O medytacji zen, japońskich drzeworytach i sztuce japońskiego minimalizmu?... O zapasach sumo, sushi i słynnej japońskiej herbacie?
Ja słyszałam. Pojechałam do Japonii.
I OKAZAŁO SIĘ, ŻE WSZYSTKO JEST INACZEJ!!!!
Beata Pawlikowska

Narobiłam sobie smaku i miałam nadzieję nauczyć się czegoś nowego. Dowiedzieć się czegoś zaskakującego. Chciałam poczytać o tych samurajach, religii shinto i innych medytacjach, by poznać to wszystko od tej innej strony. Prawdziwej!!!


W zamian za to otrzymałam mniej więcej 200 stron marudzenia o tym, że nigdzie nie można znaleźć wegetariańskiego jedzenia. Serio!!! Co rozdział to wzmianka o jedzeniu. Czegoż to pani Beata nie chciała posmakować, jak to jej ślinka ciekła i jakie wielkie było rozczarowanie, kiedy okazywało się, że jednak nigdzie nie można znaleźć zdrowej żywności. Przecież nawet makaron nie jest gryczany tylko żytni, a sos sojowy to samo zło. Nie zapominając też o rybach! Nigdzie nie było samych warzyw, a jeśli już się pojawiały to skąpane w niezdrowym tłuszczu bądź posmarowane majonezem. To zbyt wiele dla delikatnego żołądka autorki.

Do tego z 50 stron z czarno-białymi fotografiami (ładnymi, to trzeba oddać), które każdy czytelnik może sobie zeskanować i pooglądać więcej zdjęć na specjalnej stronie (nie wiem jak to działa, bo nie próbowałam tego robić) i pozostałe 100 stron poruszyło tematy, które mnie interesowały. Zrobiło to jednak w tak płytki sposób, dodając do tego nutę swojego filozofowania, że odrzuciło mnie doszczętnie. 

Jedyne czego dowiedziałam się z tej książki to fakt, że zielonej herbaty to w Japonii się nie napijesz. Zawiodłam się pani Beato, oj i to bardzo. Może po prostu zbyt wiele oczekiwałam? Może za dużo się już o Japonii naczytałam? Może już niewiele może mnie zaskoczyć? Może coś w tym jest...


Nie wiem, ale jeśli chcecie poczytać coś o życiu w Japonii to gorąco polecam "Bezsenność w Tokio" Marcina Bruczkowskiego, bo "Blondynka w Japonii" choć napisana okiem turysty - nie zachwyca. Pozycja to mocno średnia.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz