sobota, 9 maja 2015

Piątkowy miszmasz na sobotni wieczór #4

11 komentarzy
Kiedy wpisałam tytuł dzisiejszego posta zrozumiałam jak szybko upływa czas. Minął już cały miesiąc odkąd odnalazłam swoje własne miejsce w sieci. Pierwszy miesiąc za mną, a czuję się jakby nie minął nawet tydzień. Straszny ze mnie amator, jeśli chodzi o sztukę blogowania. Oczywiście nie jest to moje pierwsze podejście do tych spraw, ale niezmiernie odnoszę wrażenie, że kiedyś było łatwiej.

W swej karierze mam kilka blogów, z których pierwszy dotyczył anime - Shaman King (wówczas było ono hitem sezonu) - i został założony przez moją siostrę. Szybko jednak znudziło jej się pisanie opowiadania i ja przejęłam pałeczkę. Dzięki niemu szlifowałam swój kunszt pisarski, w końcu decydując się rozpocząć swoją własną historię. Historię, która miała być tylko i wyłącznie moja. Mój świat, moi bohaterowie i wreszcie moja intryga. Chciałam bawić się w pisarza i nie chwaląc się, całkiem nieźle mi szło. Jeszcze całkiem niedawno ta historia wisiała zapomniana przez wszystkich, włącznie ze mną, na portalu onet. Nie pamiętałam hasła ani maila, na którym miałam u nich swoje miejsce. Historii tej nigdy nie skończyłam i to właśnie do niej ostatnio wracam coraz częściej. Liczę na to, że niedługo uda mi się powrócić do swoich starych 'przyjaciół'. W między czasie prowadziłam również stronę z własnymi przemyśleniami. Krótkimi opowiastkami dotyczącymi tego co mnie otaczało. Czyli coś podobnego do dzisiejszej strony. Pojawiał się w tym wszystkim tylko jeden problem. 

Od początku mej kariery wszyscy moi czytelnicy, jak jeden mąż, stwierdzili że jestem chłopakiem. Bowiem posłowie autora pisałam bezosobowo. Nie wyprowadzałam ich z błędu, wstydząc się swojego prawdziwego 'JA'. Łatwiej było mi udawać kogoś innego, wypowiadać swoje własne zdanie lecz jakby ustami kogoś zupełnie ode mnie odrębnego. To była perfekcyjnie nałożona maska, która pozwalała mi rozróżniać dwa światy - ten realny, w którym byłam nikim. Zwykłą, szarą dziewczyną, która nie potrafiła o siebie zawalczyć. No i ten drugi - blogosferę, online, w którym nie dość że potrafiłam się wypowiadać swobodnie, to jeszcze byłam całkiem poważanym bloggerem. Ludzie często zwracali się do mnie ze swoimi problemami, a ja próbowałam im pomóc. Z różnym skutkiem, najczęściej jednak zmierzając w dobrym kierunku. Byłam chłopakiem. Kimś, kto mógł zrobić wszystko.

Nie do pomyślenia dla mnie było pokazać swoją twarz, powiedzieć jak naprawdę mam na imię i odsłonić siebie. Dlaczego? Bo uważałam, że prawdziwa 'JA' jest nijaka. Nie warto się z nią zadawać. To zwykły kujon, któremu na dodatek nie zawsze dobrze idzie. Grubaska, ciemna masa bez przyszłości. Zazdrościłam wszystkim swoim koleżankom tego, że potrafiły być sobą. Umiały wypowiadać własne zdanie i nie bały się tego. Walczyły o swoje, kiedy ja chowałam się po kątach i posłusznie wypełniałam wszystkie swoje obowiązki. Do głowy nie przyszła mi myśl, żeby się zbuntować.

Właśnie ta dziewczynka dostała od życia porządnego kopa w dupę i powoli uczyła się dbać o swoje własne dobro. Ta nieśmiała istota (wciąż walczy z tą swoją cechą) z czasem złapała swoje życie obiema dłońmi i zaczęła z niego czerpać garściami. No i wreszcie to ta istota, miesiąc temu, zdecydowała się na powrót do blogosfery. Tym razem nikogo nie udając. Postanowiła dać z siebie wszystko łącząc to co kocha w jedną całość.

Teraz już potrafię grać w otwarte karty i mimo tego, że sfera blogowa zmieniła się drastycznie na przestrzeni tych kilku lat, powoli odnajduję tu siebie samą. Dziękuję przede wszystkim Wam za ogromnie, serdeczne przyjęcie w swoje szeregi.

Jestem jednak bardzo ciekawa tego jak wyglądała wasza podróż z blogowaniem? Była równie burzliwa jak moja? 
~.~
Słowo wstępu zrobiło się nieco dłuższe niż przypuszczałam, ale tak to już chyba jest, kiedy człowiek zaczyna się uzewnętrzniać. Żeby miszmasz pozostał miszmaszem lecimy dalej:
Wczoraj miałam okazję uczestniczyć w już ostatnim szkoleniu lektorów u mnie w pracy. Piątym i ostatnim. Mówiąc szczerze to nie do końca wiem do czego one są nam potrzebne. Nie wynosimy z nich znowu tak dużo. Może jedynie kilka pomysłów na dodatkowe ćwiczenia dla naszych słuchaczy. Wczoraj jednak skupiliśmy się głównie na nas samych. Na naszych wadach i zaletach. Na tym co robimy dobrze, a czego unikamy. Na naszej autonomii. Dowiedziałam się również od swoich znajomych z pracy paru ciekawych rzeczy o samej sobie. Między innymi, uważają oni mnie za odważną dziewczynę. Zaskoczyło mnie to niezmiernie, bo sama siebie w życiu bym taką nie nazwała. Może jest to spowodowane moją niską samooceną, a może po prostu nie leży mi w to naturze... Miło jednak wiedzieć, że komuś mogę wydawać się odważna.
 ~.~
Dzisiaj skorzystałam z przepięknej pogody. Wraz z moją siostrą wskoczyłyśmy na rower i przejechałyśmy całe 9,40 km z przystankiem na małe co nieco. Zajechałyśmy do galerii Plaza, gdzie miałam przyjemność posmakować tego cuda, co to na zdjęciu się pięknie prezentuje. Nie jest to znowu zbyt trudne do zrobienia. Ot schłodzony jogurt naturalny z dodatkiem ekstraktu z cytryny oraz garść różnorodnych owoców. Niby nic trudnego, a jakie pyszne... nie pogardzę powrotem do tego miejsca. 

Na tym zakończę dzisiaj swoje dygresje, bo zaczynam zauważać, że zbyt mocno skupiam się w nich na sobie. Odrobina egoizmu i samolubności nikomu jeszcze nie zaszkodziła i tego będę się trzymać!

Mieliście ostatnio okazję próbować czegoś nowego? Odkryliście coś czego o sobie nie wiedzieliście? Jak spędzacie ten jeszcze słoneczny weekend?

11 komentarzy :

  1. Moja przygoda z blogowaniem nie była aż tak burzliwa. Kiedyś, oczywiście, w czasach blogowego boomu na Onecie miałam, tak jak Ty, swój zakątek, prowadzony nawet przez jakiś-tam dłuższy czas, ale szczęśliwie dojrzałam w pewnym momencie do pożegnania się z nim ;) A po latach, latach powstało miejsce, w którym jestem obecnie. Zobaczymy, czy coś z niego wyrośnie ;)
    Kurczę, poszłabym do Plazy... Zawsze jak w niej jestem to robię przystanek u Sowy i kupuję te ich najpyszniejsze na świecie owsiane ciasteczka! Rany, nawet nie wiesz jak mi ich w tym Białymstoku brakuje... Ale te przysmaki, które pokazałaś, prezentują się tak nieziemsko, że pewnie przy następnej wizycie też się na nie skuszę!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojj.. ja miałam burzliwą przygodę z blogowaniem ;) Tak naprawdę zaczęłam ją jakieś hmm... 11, albo 12 lat temu! Aż trudno mi uwierzyć. Mój pierwszy blog powstał jak miałam 15 lat. Był okropny! :) Pisałam bardzo zawiłe zdania. Na koniec pojawiał się zawsze długi akapit z pozdrowieniami. Jak wspominam mój szablon, mam ochotę krzyczeć i śmiać się jednocześnie :) W tamtym czasie także oceniałam blogi. Pamiętam, że strasznie jechałam po ludziach, a wtedy coraz więcej się ich zgłaszało do oceny... Później zaczęłam robić swoje szablony i bardzo byłam z tego dumna. Chciałam nawet zająć się tym zawodowo ;) Później miałam przerwę, blog "mamusiowy", który szybko zamknęłam ojj.. Jak pomyślę, ile blogów zabiłam to aż się sama sobie dziwie, jak długo nie mogłam znaleźć swojego miejsca. Myślę, że sporo się od tamtego czasu nauczyłam i nie żałuję mojej blogowej przeszłości ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie ma Sówki w Białymstoku? No nie... brakowałoby mi jej pewnie tak samo jak Tobie. Oj tak! Owsiane ciasteczka są tam przepyszne, ale moim numerem jeden są jednak babeczki kajmakowe. Uwielbiam je. Mała doza przyjemności. Do kawki, na spotkanie z przyjaciółmi. Coś niemal niezastąpionego.

    OdpowiedzUsuń
  4. 12 lat temu? To coś tak podobnie jak ja. Oho! Ocenianie blogów też zaliczyłam w swojej karierze. Możemy sobie przybić piątkę! Tylko, że wówczas i tak uznawano mnie za chłopaka, a ja nie wyprowadzałam nikogo z błędu. Głupie dziecko byłam - to muszę przyznać.
    Jak tak teraz o tym pomyślę to masz całkowitą rację. Ja również nie żałuję swojej blogowej przeszłości. Pozwoliła ona mi nauczyć się sporo i teraz jest nieco łatwiej na nowo zaczynać :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mniej więcej mam tyle samo czasu mojego obecnego bloga, co ty :)
    Dalej próbuję się tu odnaleźć, mam czasem wrażenie, że post, którego właśnie wstawiłam jest nijaki, ale może to dlatego, że krytycznie się oceniam? O pamiętam jak kiedyś postanowiłam, że założę bloga, minęły dwa tygodnie i odechciało mi się go prowadzić. Parę lat później spróbowałam znowu, w sumie nie tak dawno i niestety, blog przeszedł to samo co poprzedni. Powiem ci jednak, że teraz to kompletnie co innego. Mam swoją wizję, cieszę się jak małe dziecko z każdego komentarza i mam ochotę na więcej i więcej :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Te blogowe oceny to normalnie był śmiech na sali ;) Jednak ludzie cały czas się zgłaszali.. Oceniało się szablon bloga, treść i inne pierdoły. Czasem zgłaszał się ktoś naprawdę fajny, ale bloga miał kiepskiego, wtedy naginało się ocenę. Ehsss ;) Co za czasy.

    OdpowiedzUsuń
  7. Hahaha :D Może i mnie oceniałaś kiedyś? xD Pamiętam, że też się zgłaszałam do takich ocen. Parę razy. Liczyło się do kogo, oceniające miały swoją renomę. Zawsze leciały mi punkty na kategorii 'wygląd bloga' xD Oj tak, naginało się i to porządnie. Sama czasami naginałam, albo jak widziałam beznadziejnego bloga to starałam się zawsze znaleźć coś co było w nim fajne xD No bo nie lubiłam tekstów typu - przestań blogować (a i takie się zdarzały :))

    OdpowiedzUsuń
  8. Z całą pewnością oceniasz się zbyt krytycznie. Mnie też często takie myśli chodzą po głowie, ale potem uznaję że trudno. Blog to nasze miejsce w sieci i nawet jeśli czasami są trochę chaotyczne to nie szkodzi, bo tacy jesteśmy. Mając mętlik w głowie, bo tyle się nam myśli na dany temat po niej snuje... naturalną koleją rzeczy jest fakt tego niezorganizowanego i pozornego bałaganu :) I oby tak dalej :D Powspierajmy się razem, a na pewno z czasem będzie nam zdecydowanie łatwiej :)

    OdpowiedzUsuń
  9. A ja właśnie byłam złośliwa i potrafiłam nawet gorsze komentarze pisać :D W sumie taka była też idea mojego bloga z ocenami: miały być bardzo szczerze i sadystyczne wręcz. Wyróżniały się na tle innych ocen, więc dlatego dużo ludzi się zgłaszało. Ja robiłam własne szablony, więc kiedy zgłaszałam bloga do oceny to zawsze byłam oceniana wysoko, ale znowu z treścią aż tak super nie było! :)ha!

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja też jestem całkiem nowa. Próbowałam już kilka razy, ale wtedy moje podejście było szczerze szczeniackie. Zależało mi na wyświetleniach. Oczywiście pisałam, bo to sprawiało mi frajdę, dawało radość - pewnie dlatego do tego wróciłam - ale byłam bardzo zasmucona faktem, że komenatrzy brak, wyświetlenia niby są, ale nikt nie daje znaku życia. Zwyczajnie w świecie się poddałam. Po okolo pół roku od tamtego czasu powstał mój nowy blog. Z innym podejściem do tego całego blogowania mam z sobą już 2 pełne miesiące pisania. Grono staych czytelników i jak dla mnie bardzo dużo komentarzy do tego co piszę. To bardzo uskrzydla i wprawia mnie w jeszcze lepszy nastrój, by działać dalej i przede wszystkim rozwijać się w tej kwestii.


    Zgadzam się z tym, że ludie z naszego otoczenia są w stanie dostrzec w nas to o co my sami siebie absolutnie nie podejrzewamy. Warto czasem się do tego odnieść i poszukać tego co widzą w nas inni. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Masz rację. Każdy nowy komentarz od tych stałych czytelników przyprawia o ciepło na sercu, a każda nowa twarz daje nadzieję, że jednak to co piszemy, robimy nie jest takie do końca złe. Ktoś to czyta i wywołuje to w nim pewną dozę emocji, że chce się z nami podzielić swoimi przemyśleniami. Coś wspaniałego :)

    OdpowiedzUsuń