niedziela, 7 czerwca 2015

Wędrując po dżungli - studia!

12 komentarzy

Wiele razy słyszałam, że studia to najpiękniejszy okres w życiu człowieka. Jesteśmy jeszcze młodzi, piękni i wydaje nam się że możemy wszystko. Cieszy nas dopiero co pozyskana wolność, która niestety często przyprawia o zawrót głowy. Wówczas już tylko czeka spadek na samo dno i powolna próba powrotu do pionu. To na studiach dowiadujemy się, że trzeba mieć twarde tyłki, bo nie wszystko w życiu jest tak kolorowe jak nam się do tej pory wydawało. Ten okres to czas szalonych imprez oraz porównywalnie szalonego zakuwania tuż przed sesją, którą popularnie określa się Systemem Eliminacji Studentów. Wiele jest w tym określeniu prawdy niestety. Bo jak inaczej uczelnia pozbędzie się niechcianą setkę studentów, którą rekrutowała ponad stan? 


Niestety takie przypadki zdarzają się często. Sama miałam okazję uczestniczyć w jednym z nich. Politechnika Gdańska, na kierunek zarządzanie, nabrała sobie 350 studentów, a jak się później okazało, liczba ta nie powinna przekroczyć 300. Niby niewiele, ale jednak. Pięćdziesiąt pierwszorocznych było skazanych na odrzucenie tuż po pierwszej... no ewentualnie drugiej sesji egzaminacyjnej. Tak też się stało. Liczba grup spadła z 9 do 7. Wszystko wróciło do normy.

Nasuwa się więc pytanie po co tak oszukiwać młodych ludzi? Czemu gwarantować im świetlaną przyszłość, jeśli później chce się ich odrzucić? Pieniądze są tutaj jedyną odpowiedzią. Niestety świat goni za mamoną, a uczelnie wyższe nie pragną się wyróżniać na tle innych. Zresztą skąd niby miałyby pieniądze na rozwój? Przecież studenci pragną najnowocześniejszych sprzętów oraz dobrych wykładowców (najlepiej pasjonatów w swych dziedzinach). To wszystko kosztuje! No to co? Jedziemy! Rekrutujemy naiwne jeszcze dzieciaki. Z całą pewnością znajdzie się jakiś frajer, który to zapłaci sowitą kasiorkę za możliwość zdawania egzaminu po raz kolejny. A może nawet powtórzy cały przedmiot? 

I tacy frajerzy rzeczywiście się znajdują. Sama byłam jednym z nich. Moja duma nie pozwalała mi rezygnować. Nie chciałam zawieźć swoich rodziców. W końcu czegoś się ode mnie oczekiwało. Nie mogłam tak po prostu odpuścić. Brnęłam w to dalej, aż w końcu nadeszła ta chwila realizacji. Zrozumiałam, że to wszystko nie ma sensu. Tylko się męczę, a oni i tak nie zamierzają mnie przepuścić. Mało tego! Miałam wrażenie, że mikroekonomię to ja już mam w małym paluszku, a mimo to wciąż oblewałam ten cholerny egzamin. Nie było mi wtedy wcale do śmiechu.

Znam również inne przypadki. Nie szukając daleko - toruńskie UMK. Niegdyś świetna uczelnia, renomowana. Każdy chciał ją skończyć. Teraz plasuje się gdzieś w połowie stawki. Niby nie najgorzej, a jednak... spadek ten jest wyraźnie odczuwalny. 

Weźmy zatem pod lupę sytuację autentyczną. Wydział prawa. Pierwszy rok. Sesja na koniec pierwszego roku. Ambitna studentka, pracowita, która nie opuściła niemal żadnego wykładu. Zawsze przygotowana i gotowa do działania. Zdobywa wszystkie zaliczenia, a potem podchodzi do egzaminów. I tu rozpoczynają się schody. Napotyka na swojej drodze Historię Powszechną. Dzielnie walczy. Odpowiada na wszystkie pytania. Jest przekonana, że odpowiedziała dobrze.... i nie zdaje. Zdziwiona pisze do profesora. Chce się z nim zobaczyć i obejrzeć pracę. Idzie nawet na dyżur, ale profesor nie zamierza się na nim pojawić. Odpowiada jej za to na maila i robi to w sposób karygodny. 

Przyjął jej prośbę o wyjaśnienie jako atak na samego siebie. No bo jak to tak! Podważać jego zdanie?! Jego?! Kto tu jest w końcu profesorem?! On, czy ta nędzna dziunia, która jedynie domaga się sprawiedliwości?! Nie będzie tu mu taka podskakiwała. 

Dziewczyna nigdy już nie miała okazji sprawdzić co było powodem jej oblania. Zaskoczył ją nieco fakt, iż jej koleżanka, która weszła na egzamin kompletnie nieprzygotowana i odpowiedziała jedynie na trzy pytania, uzyskała zaliczenie. O co w tym wszystkim chodzi? Ano właśnie... najprawdopodobniej pan profesor żonglował pracami. Te, które spadły na podłogę zostały oblane. Reszta zaliczone. Proste? Bardzo! 

Muszę również przyznać, że to całkiem ciekawa taktyka. Tak więc, drodzy edukatorzy, rozpocznijmy uprawiać żonglerkę. Profesorowi uchodzi to na sucho, więc może i przyszłemu magistrowi ujdzie. 

Studia to świetna szkoła życia oraz dżungla charakterów. Nigdy nie możemy być pewnym tego co się zdarzy i co nas spotka za rogiem. Czasem będzie to miła niespodzianka, przy której rozwiniemy nasze skrzydła. Jednak częściej będziemy utwierdzać się w przekonaniu, że twarda dupa to warunek konieczny w dorosłym życiu. Trzeba również wziąć poprawkę na wszystkich dziwnych profesorów, którzy mają swoje widzimisię i raczej go nie przeskoczymy. Oczywiście podjęcie walki to jedna z opcji, ale czy rozsądna? A jaką mamy pewność, że taki jeden z drugim się na nas nie uwezmą? Jaką? Ano właśnie... kiepsko z tymi procencikami!

Tak więc, kochani maturzyści! Powodzenia. Wybierzcie mądrze i nie żałujcie nigdy swoich wyborów. Mam nadzieję, że traficie bardzo dobrze i nie będziecie mieli styczności z pseudo-edukatorami. Nie bójcie się chodzić z wysoko uniesioną głową, ale zachowajcie odrobinę pokory. No i trenujcie pośladki! Przydadzą się Wam! 

Mieliście jakieś ciekawe przeboje z profesorami? Jak sobie z tym poradziliście? Chętnie poznam rąbek tajemnicy.

Źródło: 1

12 komentarzy :

  1. Znam wiele podobnych przypadków, niestety. Ja zawsze byłam hiperambitna i staram się wszystko ogarniać na 100%, taki mam charakter. Ale moim zdaniem uczelnie przyjmują za dużo studentów na niektóre kierunki, a potem wiele osób odpada, nawet nie dlatego, że są słabsi, ale mieli pecha. Ja akurat jestem generalnie zadowolona ze studiów i wykładowców, choć stres przed egzaminami jest zawsze. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nigdy nie miałam tego rodzaju doświadczeń. Przede wszystkim miałam dużo szczęścia, bo mój kierunek realizowany był tylko na jednym Uniwersytecie. Była to nowość, dlatego nasi profesorzy wyjątkowo starali się, by prowadzić zajęcia jakościowo. Nie wszyscy ukończyli, ale był to raczej efekt naturalnej selekcji, nieprzemyślanego wyboru kierunku.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zazdroszczę Ci takiego spokoju na studiach, no i przede wszystkim jakościowych zajęć. Ja te jakościowe przedmioty mogę policzyć na palcach od jednej ręki - a jeśli dołączyć do tego jeszcze jakościowych profesorów to liczba jeszcze bardziej się pomniejsza. Chciałabym trafić więc tak jak Ty :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj stresu przed egzaminami raczej się nie ustrzeżemy niestety. No i właśnie... najbardziej żal mi po prostu tych, którzy mieli pecha. Ambitnych ludzi, którym podcięto skrzydło, bo oceniono prace na chybił trafił, albo jeszcze lepiej - bo ktoś inny miał ładniejszą buzię. Dobrze, że jesteś zadowolona. Tego się trzymaj :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj tak, słyszałam o profesorach, którzy podrzucali pracę nad biurkiem i zaliczali tylko te, które nie spadły na podłogę. ;) U mnie nie jest źle, choć na ASP o obiektywne ocenianie trudno. Przykład? Jesteśmy podzieleni na dwie grupy, na malarstwo profesorowie po prostu nie przychodzą (ani jeden z dwóch). Jeden wystawił wszystkim piątki, drugi postanowił ocenić "sprawiedliwie". Wyszło jak wyszło... ;(

    OdpowiedzUsuń
  6. No to chyba jestem jedyną z takimi ekscesami na uczelni. Ale jak to nie przychodzą na malarstwo? To w ogóle wam się zajęcia odbywają z tego malarstwa? Z drugiej strony może to i lepiej? Łatwiej ocenę zdobyć. Przynajmniej u tego dobrego profesora xD

    OdpowiedzUsuń
  7. Pracownia otwarta więc jak ktoś chce to maluje.;) Niby tak, ale ja czuje się niesprawiedliwie oceniona (U tego co oceniał :p)

    OdpowiedzUsuń
  8. Hahahaha, skąd ja to znam! Moje malarstwo w tym roku wygląda dokładnie tak samo - nawet, jak już na nie przyjdę, to prowadzącego i tak i tak nie ma, bo mu się nie chce tyłka ruszyć ;) Ocenianie jeszcze przede mną więc jestem ciekawa, co wymyśli :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Przyznam szczerze, że nie miałam takich sytuacji. Słyszałam o nich co prawda, że dzieją się na mojej uczelni, ale nie byłam ich świadkiem, a już tym bardziej nie doświadczyłam na własnej skórze. W sumie to mam nawet wrażenie, że akurat u mnie profesorowie jakoś lubią studentów :D Ostatnio pomagałam jednemu z nich przy wpisywaniu ocen do indeksów (tak tak, mamy jeszcze ten papierowy relikt), to zaliczył zajęcia na 3 nawet dziewczynie, która pojawiła się na nich góra dwa razy w ciągu semestru, a tym, co chodzili względnie regularnie strzelił piątki od góry do dołu.

    OdpowiedzUsuń
  10. Aż się teraz zaczęłam porządnie zastanawiać nad tymi studiami, a raczej nad uczelniami. Obym dobrze trafiła na tych wykładowców, bo nie mam tak silnego charakteru, by się męczyć z pseudo-wykładowcami.

    OdpowiedzUsuń
  11. Opisane tu przykłady zdarzają się, ale nie są regułą na szczęście. Także nie martw się. Nie wszyscy wykładowcy tacy są. Być może na przestrzeni swoich studiów trafisz na kilku takich, ale pozostali z nawiązką Ci wszystko wynagrodzą :)

    OdpowiedzUsuń