Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytam ile chcę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytam ile chcę. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Czytam - "Ponad Wszystko" Nicola Yoon

Do zakupu tej książki zbierałam się ponad pół roku, od kiedy jej okładka zaczęła mnie kusić już w Anglii. Przyznaję bez bicia, że gdyby nie fakt iż już mi się torba nie domykała od nadmiaru książek, pewnie i ona by wylądowała w mych łapkach.



Potem trochę o niej zapomniałam, dużo się działo, nie było czasu na czytanie… aż pewnego razu wreszcie mnie dopadła. Zawołała z półki i nawoływała dopóki wreszcie nie wzięłam jej w dłonie. Gdzieś tam obiły mi się recenzje o niej, a minimalizm okładki (no dobra… poza pięknymi, kolorowymi kwiatkami) stwierdził, że raz kozie śmierć i od wydanych 39 zł (kolejnych!) nikt jeszcze nie umarł.

„Ponad Wszystko” czytałam cały tydzień i zwalam to na brak czasu. Czytałam w każdej wolnej chwili. Historia bardzo przypadła mi do gustu, choć trochę się zmartwiłam, że to moja druga książka w tym roku i po raz drugi czytam o chorobie, ale nic to. Czytałam dalej. Przeżywałam wszystkie pierwsze razy Maddy i starałam sobie wyobrazić jej życie. Pozbawione dotyku, błękitnego nieba, świeżego powietrza i przepięknych widoków. Życia zamkniętego w czterech ścianach z książkami jako powiernikami jej niedoli. Starałam sobie to wszystko wyobrazić i powiem szczerze, że zaczęłam ją nawet podziwiać. Sama raczej nie dałabym rady wytrzymać 18 lat w zamknięciu (choć jestem domatorką, to mimo wszystko nie móc wyściubić nosa choć na minutę? Kiedy za oknem śnieg? Nie… nie dałabym rady). Na pewno popadłabym w depresję.

Oczywiście, jak można się tego domyślić, pewnego razu Maddy poznaje Olly’ego. Olly to całkiem zdrowy chłopak, choć dorasta w niezbyt zdrowym środowisku. Jego rodziny nie można zaliczyć do wzorów. Wciąż się kłócą, dochodzi do rękoczynów… ale Maddy zakochuje się w tym ekscentrycznym chłopaku. Dzieli się z nim swoimi radościami i smutkami. Stara się mu pomóc i powoli, bardzo powoli przekracza jedną granicę za drugą. Łamie zakazy, poznaje zakazany owoc… a jak powszechnie wiadomo „zakazany owoc smakuje najlepiej”.

To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Nicoli Yoon i pewnie nie ostatnie. Nie mogę powiedzieć, że książka była wybitna, bo nie była, ale dobrze się ją czytało. Rysunki oraz wszelkiego rodzaju listy, obserwacje Maddy czy kartki z pamiętnika umilają czytanie, ale i dodają objętości książce. Nie podobał mi się fakt, że „Ponad Wszystko” to 300 stronicowa powieść, którą dałoby się zmieścić na 200 stronach (no może troszeczkę więcej). Dużo zmarnowanego papieru, ale co zrobić. Autorka akurat taki miała zamysł i tak też zrobiła. Nie był to szczególnie drażniący zabieg, ale jakoś tak utkwił mi w pamięci jako utrapienie (no bo obiecujesz sobie, że jeszcze jeden rozdział – a ten rozdział okazuje się jednym paragrafem, no co to ma być?).

„Ponad Wszystko” to przyjemna powieść dająca nadzieję, uczulająca na świat, pokazująca jak człowiek odbiera zwykłe, trywialne wręcz czynności po raz pierwszy (choć tu zabrakło mi nieco opisów emocji Maddy). Okraszona śmiesznymi schematami i rysunkami. Dobra na zimowe wieczory, ale jedynie jeśli czytelnik nie wymaga od niej większych cudów. Bo nie ukrywajmy, perełką to ona nie jest – i za jakiś czas na pewno zniknie mi z pamięci. A szkoda.

Czytaliście już ją? Jak wrażenia? Podobało się?

Trzymajcie się cieplutko kochani!

niedziela, 21 stycznia 2018

Czytam - "Żółwie aż do końca" John Green

Nabyłam ją jeszcze w grudniu, kiedy w poszukiwaniu ostatnich prezentów z rozwianym włosem wpadłam do Empiku. Jej okładka od razu mnie do siebie przyciągnęła. Pomarańczowa spirala i wielki tytuł, jakby nabazgrany od niechcenia. "Żółwie aż do końca" przeczytałam i zmarszczyłam lekko brwi. Tytuł nic mi nie mówił, ale Johna Greena lubię ("Gwiazd naszych wina" wywarła na mnie duże wrażenie, a "Papierowe miasta" nieco rozczarowały). Bez wahania więc postanowiłam dać mu kolejną szansę i nawet nie czytając informacji z tyłu książki, ruszyłam z nią do kasy.

I nie żałuję (choć przez me uzależnienie od książek mam ich coraz więcej i choć ten rok zapowiada się nieźle jeśli chodzi o czytanie - to obawiam się, że i tak nie zdołam przez wszystkie zaległe pozycje przebrnąć)!

"Żółwie aż do końca" to opowieść o szesnastoletniej Azie Holmes (której nazwisko zostało tu wprowadzone z rozmysłem). Dziewczyna nie jest zwykłą nastolatką, choć bardzo tego pragnie. Nie potrafi poradzić sobie ze swoimi lękami i spiralami myślowymi, w które wpada raz po raz. Kolejne karty tej 300 stronicowej powieści odkrywają przed nami jej kolejne zmagania z samą sobą, pierwsze miłości i rozczarowania. Złamane serca i niemalże porzucone przyjaźnie, a także trudne decyzje, którym musi stawić czoła. Aza ma swoje lepsze i gorsze momenty, w których to ukazuje swą ludzką twarz. W końcu ma jedynie 16 lat.

"Żółwie aż do końca" wreszcie zmazały niesmak jaki pozostawił po sobie John Green z jego "Papierowymi miastami". Aż chce się powiedzieć więcej - "Żółwie" wyprzedziły "Gwiazd naszych wina". Serio! Lepiej się przy nich bawiłam, śmiałam i wzruszałam wraz z bohaterami. Może dlatego, że w Azie odnalazłam trochę samej siebie, a może po prostu nie miałam zbyt wysokich wymagań dotyczących tej książki. W końcu chwyciłam ją od niechcenia i nawet nie zagłębiałam się w jej treść. 

John Green po raz kolejny pokazał mi, że nie tylko fantastykę powinnam mieć w swej biblioteczce. Nie było tam magii, ani kosmosu (choć nawiązania do "Gwiezdnych Wojen" kwitowałam wielkim bananem na twarzy). Dziękuję! Już teraz wiem, że ten miesiąc będzie dobry pod względem przeczytanych książek (i ich jakości), a przynajmniej mam taką nieśmiałą nadzieję. 
Myślę, że Greena nikomu nie trzeba przedstawiać i śmiało mogę go polecić każdemu, kto pragnie przeczytać  coś lekkiego (bo mimo zmagającej się z chorobą Azy, nie mogę nazwać tej książki poważną), na długie, zimowe wieczory jest to idealna pozycja. Tylko nie czytajcie opisu z tyłu okładki, bo całkiem się rozczarujecie. 

Tak, tak. Ja go nie przeczytałam aż do zakończenia książki i szczerze powiem, że gdybym to zrobiła wcześniej - miałabym większe oczekiwania i książka prawdopodobnie nie spełniłaby ich. Nie oczekujcie więc wielkiego śledztwa, bo choć Aza nosi nazwisko Holmes to samego śledztwa jest w książce jak na lekarstwo. Autor skupia się raczej na chorobie i odczuciach młodej Azy... a samo śledztwo jest prowadzone po macoszemu, kiedy akurat autorowi przypomni się, że przecież dziewczyny miały je prowadzić.

Więc, jeśli jeszcze nie przeczytaliście okładki - to nie róbcie tego. Wejdźcie do świata Greena na przysłowiowego spontana, a być może odnajdziecie w niej to samo co ja.

Czytaliście już "Żółwie"? Jak się Wam podobało? Co sądzicie o twórczości Greena?

Trzymajcie się cieplutko, kochani!
Niech moc będzie z Wami i cieplutkie kakao też!

środa, 15 lutego 2017

Czytam - Siobhan Curham "The Moonlight Dreamers"

Tę powieść zakupiłam w Anglii. Nie miałam bladego pojęcia o czym jest, ale okładka oraz jej tytuł sprawiły, że zanim się obejrzałam podawałam ją przemiłej pani w kasie, w towarzystwie trzech innych książek (nie ma to jak promocje "kup jedną, druga - za pół ceny"). Poza tym tradycji musiało się stać za dość. Zawsze przywożę z sobą kilka książek.

"The Moonlight Dreamers" to opowieść o czterech, szesnastoletnich dziewczynach, pochodzących z różnych środowisk. Jedyną ich cechą wspólną jest poczucie wyobcowania. Nie potrafią odnaleźć się w swoim otoczeniu i zakładają na siebie maski, które opuszczają tylko przed sobą. Są sfrustrowane i mają dość takiego stylu życia.

Mamy więc Amber, która zmaga się z szykanowaniem w szkole, ponieważ ma dwóch ojców. Jej miłością jest Oscar Wilde, a ukojenie odnajduje pisząc bloga. Maali, która ze względu na swoje pochodzenie (Hinduskie) jest prześladowana i niezwykle nieśmiała, ale uwielbia marzyć. Sky, która przeżyła śmierć mamy i teraz mieszka na łodzi wraz z ojcem, uczy się w domu i kocha poezję. Oraz Rose, której sławni rodzice się rozwiedli. Dziewczyna mieszka z matką, która koniecznie pragnie by jej córka poszła w jej ślady i pcha ją w świat modelingu, mimo że Rose ma inne marzenia.

Dzięki inicjatywie Amber, te cztery osobliwości zakładają stowarzyszenie "Moonlight Dreamers", które ma na celu wspierać je w drodze do spełnienia najskrytszych marzeń. Odnajdują w nim pomoc, ukojenie i siłę. Mimo przeszkód, zawsze pozostają sobie wierne. Znajdują prawdziwą przyjaźń, tam gdzie nigdy by się tego nie spodziewały. 

Siobhan Curham uraczyła nas przepiękną powieścią traktującą o sile przyjaźni, do której wplotła problemy, z którymi mierzy się chyba każda nastolatka (i ja mogłam odnaleźć tam siebie sprzed lat). Oprószyła to wszystko słowami Oscara Wilde'a oraz poematami napisanymi przez nią samą. Na dodatek postawiła na Londyn jako miejsce akcji, co dodało książce uroku. 

Czytając miałam wrażenie, że przeniosłam się w przeszłość (mimo, że rzecz dzieje się w teraźniejszości). W moją prywatną przeszłość i zaraz na myśl przyszło mi "Stowarzyszenie Wędrujących Jeansów", które miałam przyjemność przeczytać jako nastolatka. Motyw ten sam, uaktualniony o współczesne problemy związane z internetem oraz rasizmem. 

Trzeba otwierać oczy młodym ludziom na krzywdę, która dzieje się wokół nich i Curham robi to znakomicie. Książkę przeczytałam w niecałe 3 dni. Wciągnęła, choć nie jest to ciężka literatura. Lekka i przyjemna, szkoda tylko, że w Polsce jeszcze nie wydana.

Czytałyście może już coś od tej autorki? 

Trzymajcie się cieplutko!

niedziela, 5 lutego 2017

Czytam - Anna Litwinek "Czarownica"

O "Czarownicę" walczyłam w paru blogowych konkursach, ale nie udało mi się jej wygrać, więc gdy tylko miałam możliwość wymiany książki na ten właśnie tytuł, nie zawahałam się ani przez momencik. Dostałam ją w swe łapki gdzieś w październiku i do niedawna leżała na mej półce, ciesząc me oczy.


W końcu jednak nadszedł i jej czas. Urzekła mnie historia osadzona we współczesnym świecie, której bohaterką została silna kobieta - Sonia. Nie fajtłapa i ciamajda, której zawsze trzeba pomagać jak to zwykle bywa, tylko silna oraz pyskata i wyzwolona dziewczyna. Sonia Hunamska to kobieta po przejściach, której rude włosy i przewrotny charakterek pozwoliły zaistnieć jako dziennikarce. Poznajemy ją w czas jej 30-stych urodzin, kiedy to zaczynają się jej przytrafiać dziwne rzeczy. Sonia to jednak bagatelizuje, wciąż będąc na tropie sensacyjnego tematu o "wampirach".

Po drodze spotykamy jeszcze wiele mniej lub bardziej interesujących charakterów, powoli odkrywając tajemnicę rodzinną Sonii i razem z nią dokonując wyborów, które przybliżają nas do punktu kulminacyjnego. Cała historia została rozłożona na 13 dni. Trzynaście, pełnych napięcia, dni. Taki wycinek z życia bohaterów jest nam podany na tacy i tyle wystarcza by ich polubić lub znienawidzić.

"Czarownica" to książka sympatyczna, okraszona magią i słowiańskimi wierzeniami, tajemnicą i utarczkami z kościołem. Bohaterowie wydają się być nam realni dzięki osadzeniu opowieści w dzisiejszych czasach. Różnią się od siebie i nie zlewają w jedną całość, choć przyznam szczerze, że na kreację Soni oraz Iwo autorka poświęciła zdecydowanie więcej czasu niż kreacjom innych bohaterów. To zrozumiałe, bo przecież to właśnie o nich są głównymi protagonistami historii. Jednak tym samym pozostawiła pewien niedosyt i frustrację dotyczącą reszty bohaterów.

Nie powiedziałabym, że jest to książka, którą długo będę pamiętać. To raczej lektura na raz. Przyjemnie się czytało, choć trochę dłużyło, kiedy nie widziałam żadnego postępu w fabule (a miejscami tak niestety było - coś tam się poruszało, ale jednak wciąż staliśmy w zawieszeniu). Na dodatek autorka pozostawia otwarte zakończenie, nie odkrywa wszystkich kart, jakby zostawiając sobie grunt pod drugą część powieści. Szkoda, bo być może dzięki tym kartom, "Czarownica" zyskałaby dynamizmu i fabuła rozwijałaby się nieco szybciej.

Mimo wszystko z "Czarownicą" miło piło mi się parującą kawę i spędzało te kilka wieczorów. Tydzień zajęło mi przebrnięcie przez książkę i dobrze się przy niej bawiłam. Gdybym miała jej wystawić ocenę w skali do 10... dałabym jej mocną 5. Na tyle sobie zasłużyła.

Czytałyście już "Czarownicę"? Podzielcie się swoimi opiniami na temat tej powieści.