piątek, 4 września 2015

Akt o życzliwości

Brak komentarzy



M. wsiadła do autobusu numer H w pewnym mieście położonym na wybrzeżu deszczowej Anglii. Wsiadła obładowana trzema siatkami, spiesząc się na szkolenie, które miała poprowadzić. Usiadła na wolnym siedzeniu i zapatrzyła się w okno. W autobusie nie było tłumów. Może cztery osoby na krzyż w ten sobotni poranek. M. zaczęła stukać niecierpliwie palcami o szybę, kiedy zorientowała się, że autobus H jedzie dłuższą drogą niż ten z literką D na przedzie. Nic na to już nie poradzi. Spóźni się. Trudno, poczekają. Szkolenie przecież nie rozpocznie się bez prowadzącego. 
Jednak jej skwaszoną minę rozświetlił pewien incydent. Na kolejnym przystanku do autobusu wsiadł starzec podpierający się laseczką. Chwilę mu zajęło zanim dotarł do środka pojazdu. To wówczas zatrzymał się, ściągnął kapelusz z głowy i ukłonił się wszystkim ze słowami:
- Dzień dobry, jak się dzisiaj miewacie?
M. nie mogła uwierzyć w to co przed chwilą rozegrało się przed jej oczyma. A co nastąpiło potem, jeszcze bardziej wbiło ją w fotel. Cały autobus odpowiedział staruszkowi chórem na to pozdrowienie. Uśmiech sam pojawił się jej na ustach. Wiedziała już, że ten dzień będzie dobrym dniem.

~.~

Szaleńczy bieg po sklepach zakończyłam na przystanku autobusowym. Wraz z M. kupiłyśmy tylko najbardziej potrzebne produkty dla naszych nauczycieli. Tylko to czego potrzebowałyśmy. Nic więcej, a i tak miałyśmy przed sobą cztery pokaźne wory po brzegi wypełnione słodyczami, mlekiem oraz markerami. Wszystkim tym, czego nie mogło zabraknąć w szkole. Zmachane dobiegłyśmy na przystanek i opadłyśmy na ławkę zmęczone. Tym razem zdecydowałyśmy się na autobus D, bo M. nie chciała już odwiedzać pobliskich wiosek, jadąc tym z literką H. Czekając na niego wesoło rozprawiałyśmy o wszystkim i o niczym aż tu ktoś puka w autobusową wiatę. Odwracam się zaskoczona nie bardzo wiedząc o co chodzi.
Pewien pan postanowił zatrzymać się, pozdrowić nas uśmiechem i zwrócić uwagę na rozsypujące się reklamówki. Odpowiedziałam uśmiechem, choć nieco zaskoczonym i szybko zaczęłam zbierać nasze zakupy. 

~.~

Przykłady mogłabym tak mnożyć, bo ta życzliwość pojawiała się na każdym kroku. Wiecznie ktoś z rozjaśnioną uśmiechem twarzą, bezinteresownie zbierając twój portfel z ziemi i podając ci go do ręki całkowicie nienaruszonego. Na każdym kroku "good morning" i "how are you?". Nawet pani ekspedientka w zwykłym sklepie wydawała się być pogodniejsza od tej naszej w Polsce. 

Co jest nie tak z tym naszym krajem? Dlaczego nie potrafimy się uśmiechać? Dlaczego najchętniej zabieralibyśmy wszystko dla siebie, niczego nie dając w zamian? Czemu potrzebujemy nieszczęścia by się zjednoczyć? Czy to tak trudno obdarzyć kogoś uśmiechem?

 Potrafilibyście sobie wyobrazić tę pierwszą opisaną przeze mnie sytuację tu u nas? Ja nie potrafię. Kiedy o tym pomyślę to sądzę, że starzec zostałby potraktowany, w najlepszym wypadku, pobłażliwym uśmiechem. Co prawda nie jesteśmy krajem pozbawionym wszelkiej życzliwości, bo ta objawia się u nas czasami. Choćby w autobusie, kiedy chcemy uchronić kogoś przed "kanarami" albo kiedy ustępujemy miejsca osobie tego potrzebującej. 

Tak, my też potrafimy być życzliwi.

Szkoda tylko, że jeszcze ta cała życzliwość nie weszła nam w kość. Jeszcze nią nie przesiąknęliśmy. Jesteśmy po prostu zbyt wielkimi ponurakami, by ją w sobie pielęgnować. Spróbujmy jednak się nie poddawać. Obdarzajcie wszystkich ludzi odrobiną życzliwości. Postarajcie się zarazić innych tą wspaniałą chorobą! Uczyńmy nasz kawałek nieba lepszym!

Źródło: 1

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz