środa, 9 grudnia 2015

Bez internetu jak bez ręki

Brak komentarzy

Godzina 21. Grają dwa telewizory oraz dwa laptopy. Trzy pokoje zajęte i każdy pogrążony we własnym świecie. Wystarczyła jedna chwila. Jeden moment, by wszystkich domowników postawić na nogi. 

Trzasnęło w całej klatce. Na korytarzu nie było prądu, a domofon nie chciał nikogo wpuszczać. Telewizja wysiadła, a internet zgasł. Tragedia.


W takich to momentach wychodzi nasze uzależnienie od tych elektronicznych ustrojstw i choćbyśmy się zapierali wszystkimi czterema kończynami, że tak nie jest... to skłamiemy Wam i samemu sobie. 

Przyznam się z palącymi od wstydu policzkami, że byłam wczoraj załamana. Nie dość, że nawet nie zaczęłam kombinować swej lekcji do pracy na dzisiaj, to jeszcze nie mogłam obejrzeć swojego ulubionego serialu. Tragedia! Mój wieczorny rytuał został zachwiany i przez dobre pół godziny snułam się po mieszkaniu zastanawiając się co zrobić i co to będzie, jeśli internet nie wróci do rana. Bo jak to tak? Nie może go zabraknąć!

Dopiero, gdy dotarło do mnie, że to już sprawa niestety stracona, znalazłam inny sposób na umilenie sobie wieczoru. Postawiłam na stary, dobry sposób - książkę. Miałam właśnie jedną, która wymagała skończenia. Zazwyczaj czytam jedynie w pociągu, ale czemuż to nie wykorzystać tej okazji. 

I wiecie co? Nie żałuję ani minuty spędzonej nad tą lekturą. Udało mi się ukończyć jedno tomiszcze i teraz zabieram się za kolejne. Mało tego, odpoczęłam. Nie było blogów, seriali, przeglądania materiałów na lekcje, a jedynie czas dla mnie samej. Czas wyciszenia i błogiego odpoczynku. Nic więcej. Relaks pełną parą.

Doszłam również do wniosku, że źle się dzieje. Jestem zbyt mocno uzależniona od internetu. Owszem, pewnie przeżyłabym bez niego nawet i parę dni. Nie byłoby to jakimś większym problemem (choć i nie najmniejszym, niestety)... to jednak ja postanowiłam od niego uzależnić niemalże każdą dziedzinę swojego życia.

Przecież mogłam zrobić tak wiele wczoraj:
- popisać pracę magisterską (ale nie... bo wszystkie materiały miałam w internecie... nawet sobie ich nie ściągnęłam... bo po co, skoro wystarczy parę odnośników i datę wejścia na stronę?).
- ułożyć lekcję angielskiego o przewidywaniu przyszłości (ale nie... bo przecież nie mogłam dostać się na swą ulubioną stronę, z której to zazwyczaj korzystam i bazuję podczas układania lekcji. To właśnie tam mam skarbnicę nowych kserówek...)
- napisać artykuł na bloga (ale jak, skoro nie mogłam nawet go otworzyć?).

Przykłady tylko same się namnażają, a ja rozkładam wówczas bezradnie ręce. Tak, przyznaję. Bez internetu jestem jak bez ręki. Chyba czas najwyższy coś z tym zrobić. Zmienić sposób myślenia i zacząć przestawiać się z powrotem na te dobre tory. W końcu, jakoś kiedyś internetu nie było i ludzie wykonywali równie dobrą robotę co my teraz...

Ja zaczynam od dziś. Postanowienie na Grudzień (nieco spóźnione, ale trudno) - jeden wieczór w tygodniu bez internetu. Tyle na początek, a idę o zakład że będę musiała nieźle się namęczyć w wykonaniu tego postanowienia... a mowa tu jedynie o wieczorze. Straszne...

Jesteście uzależnieni od Internetu? Walczycie z tym jakoś? 
Jakie są Wasze sposoby na wieczory bez niego? 
Podzielcie się kochani, bo będzie mi to potrzebne! 
Wszelka pomoc mile widziana!

Źródło: 1

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz