sobota, 30 maja 2015

Za granicę na wariata: Exeter po raz trzeci!

4 komentarze

Aplikowałam do pracy na wakacje, gdzieś w połowie grudnia. Liczyłam na dobrą fuchę za granicą. Miałam lecieć z tą samą firmą co poprzedniego roku. W końcu mimu licznych niedociągnięć, nawet mi się podobało. Praca w międzynarodowym zespole to niczym spełnienie marzeń. Mimowolnie uczymy się przestrzegać własnych kultur, wyznaczamy swoje własne granice. Pragniemy jedynie sprawić, by wakacje dla dzieciaków przebywających na obozie językowym w obcym dla nich kraju były niezapomniane, jednocześnie starając przeżyć się w zgodzie całe dwa miesiące. Wszystko ładnie i pięknie, gdyby nie firma, która to wszystko organizuje.

W tym roku przeszli samych siebie. Od dwóch miesięcy próbowałam się z nimi skontaktować, by wymusić na nich informację, czy pracuję dla nich w tym roku, czy też puścili mnie w trąbę. Bez skutku. Zaczęłam już nawet powątpiewać czy jest sens dłuższego czekania, kiedy dwa dni temu otrzymałam niezbyt jednoznacznego e-maila. Nie rozjaśnił mi on nic, a jedynie wprowadził więcej zamieszania do mojego życia. Doszło już nawet do tego stopnia, że rozpoczęłam szukanie alternatywy na wakacje. 

Szczęście w nieszczęściu, dzisiaj otrzymałam kolejnego e-maila z potwierdzeniem mojej współpracy z tą firmą w tym roku. Znów przerzucili mnie na inną pozycję - zaczynam zastanawiać się, czy aby nie planują mną pożonglować trochę bardziej. Co to bym mogła spróbować swych sił na każdej z proponowanych pozycji. Nie miałabym im tego za złe o ile będę się o tym dowiadywała nieco wcześniej!

Wyruszam do Exeter (po raz trzeci!) już 25 czerwca, ale nie tak po ludzku. Samolotem. Półtorej godzinki i lądowanie w Londynie, a potem jedyne 5 godzin w autokarze i witaj Exeter! O nie... jak zwykle moje szczęście postanowiło mi pograć nieco po nosie. Przecież nie mogło być za dobrze, co nie?

Otóż do Anglii pojadę przez Dortmund, gdzie toż wskoczę do autokaru z pierwszą grupą małolatów (niemieckich małolatów) i podróżując z nimi dobrą dobę zanim wylądujemy w miejscu docelowym. Już nie mogę się doczekać tego wspaniałego doświadczenia, zwłaszcza jeśli włączymy w to wszystko moją chorobę lokomocyjną. 

Ale jak to się mówi - raz się żyje! Co mnie nie zabije to mnie wzmocni i już. Teraz czas zakasać rękawy i przeżyć jeszcze jakoś te 3 tygodnie - sesja, skompletowanie i wysłanie dokumentów potrzebnych na rekrutacje na studia podyplomowe, PIGMALION (koniec kursów, a więc i test semestralny dla słuchaczy) oraz przygotowania do wyjazdu... 

ZWARIOWAĆ MOŻNA!!!


Co zrobić by kompletnie nie zwariować? Ja stawiam na listę 'TO DO', choć doświadczenie z nimi mam znikome. Najczęściej zwyczajnie o nich zapominałam i tyle mi po nich było. Tym razem zamierzam zmienić moje postrzeganie tego typu list. Od tej pory stają się moimi przyjaciółmi!

Już jutro planuję rozpocząć tworzenie dwóch osobnych list. Jedna z nich będzie dotyczyła czysto czynności, które muszę zrobić przed wyjazdem. Natomiast druga to zwykła lista zakupów. Inaczej zapomnę połowy rzeczy, które chodzą mi po głowie już teraz. Rzeczy niezbędnych tam na miejscu, a przecież najważniejsze to mieć ze sobą to co najważniejsze.

Moim pierwszym punktem na tej liście będą LEKI. Coś przeciwbólowego, coś na gardło, coś na problemy żołądkowe oraz niezbędne Gripexy. Nauczona doświadczeniem poprzednich lat, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że na pewno zachoruję w Anglii. Jakoś tak pech chce, że co najmniej raz bierze mnie tam przeziębienie (na przestrzeni tych dwóch miesięcy). Nie wiem dlaczego akurat wtedy, skoro cały rok tryskam zdrowiem, ale mój organizm jest wciąż dla mnie zagadką!

Kolejna sprawa to KOSMETYKI. Pod tym jednym względem jestem zadowolona z tego, że będę podróżowała te 24 godziny autokarem. Nie muszę się bowiem martwić nadbagażem, który z całą pewnością będę ze sobą wiozła. Nie będę się już ograniczała jeśli chodzi o niezbędne kosmetyki. Wiem przecież, że na pewno je wykorzystam i nie wrócą ze mną do domu. Szampon, pasta do zębów, odżywka do włosów, dezodorant - to tylko podstawa, a jakie ułatwienie życia i mimo wszystko oszczędność. Nie trzeba na nie wydawać pieniędzy na miejscu. Żyć nie umierać!

Reszta listy jeszcze się tworzy i formułuje u mnie w głowie. Zacznę ją spisywać jutro i pewnie chwilę mi to zajmie. Myślę jednak, że będzie ona ułatwieniem życia. Pomoże mi zorganizować swój czas w taki sposób, bym ze wszystkim na spokojnie zdążyła. Jako, że organizacja czasu u mnie leży, tym razem postawię na sprawdzoną metodę! Zobaczymy jak sobie poradzę w praktyce, bo teoria zawsze brzmi świetnie.

Za granicę trochę na wariata? Da się? Da się! Jest trudno? Na pewno, ale jaka potem będzie satysfakcja. Na samą myśl buzia mi się śmieje i przyznam szczerze, że kamień spadł mi z serca. Teraz spokojnie mogę planować kolejny rok akademicki ze wszystkim co sobie założyłam. 

Planowaliście kiedyś wyjazd na wariata? Jak wam poszło? O wielu rzeczach zapomnieliście? Znacie skuteczniejsze sposoby niż lista rzeczy do zrobienia jeśli chodzi o dobrą organizację? Jakie? Każda pomoc się przyda!

Źródło: 1

4 komentarze :

  1. Ja raczej planuję wyjazdy z wyprzedzeniem. Ale raz leciałam z rodzicami i znajomymi last minute. To było takie last minute, że dowiedzieliśmy się, że lecimy na dwa dni przed wylotem. Wariancko było, ale fajnie, a przeżycia do dziś piękne i żywe. Super, że lecisz właśnie samolotem. Mam nadzieję, że Twój wyjazd się uda. Pozdrowionka :) Megly (megly.pl)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też staram się to robić, ale czasem - jak w tym wypadku - jest to nie ode mnie zależne niestety. Wow! Dwa dni przed wylotem? Tak jeszcze nigdy nie miałam! Wariacko! No i co najważniejsze wspomnienia masz piękne :) W jedną stronę jadę autokarem, będę wracać samolotem. Uwielbiam latać. Zakochałam się w tym skrycie :) Dziękuję :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Tobie to dobrze, z chęcią wybrałabym się na taki obóz, byłaby to na pewno niezapomniana przygoda :D
    Każda podróż to dla mnie milion nowych doznań, widoków, wspomnień, uwielbiam podróżowanie. Jak można się dostać na coś takiego np. w przyszłym roku? :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeżdżę z International Projects (IP - przez wakacyjne teamsy popularnie zwaną International Problems - i nie jest to żart niestety) regularnie. To mój trzeci raz z tą firmą. Jeśli chcesz do niej zaaplikować to wejdź tutaj - http://www.internationalprojects.com/en/jobs/index.html - i wystarczy postępować według instrukcji. Na początku będziesz miała rozmowę kwalifikacyjną przez telefon bądź skype'a, potem zaproszą Cię na szkolenie do Niemiec (3 dniowe - koszt szkolenia 60 euro plus dojazdy rzecz jasna) i voila. Lecisz w wakacje do pracy do Anglii. Za przeloty tam i z powrotem wykładasz z własnej kieszeni (potem oddają Ci 150 funtów - coś alla taki budget na podróże) i tygodniowo zarabiasz 150 funtów (jako opiekun do dzieci) lub więcej na wyższych pozycjach.
    Fajne doznanie. Będę pewnie o nich jeszcze w tym roku pisać tutaj na blogu, bo dwa miesiące z IP to niezwykły wyczyn :P
    Ach i aplikować najlepiej na przełomie lutego i marca. Bo to szkolenie w NIemczech jest w okolicach kwietnia :)

    OdpowiedzUsuń